Dlaczego tu jesteś, czyli po co naprawdę Ci social media?

Odinstalowałam aplikację z telefonu. Tę popularną, niebieską. Tę drugą niebieską też. I czarną. To nie był impuls, ani nawet działanie w afekcie. To była decyzja poprzedzona burzliwą dyskusją ze sobą, analizy tabelki zysków i strat: energii, czasu i wszelakich innych zasobów. Kilkukrotnego zadawania sobie pytania: co zyskuję, że tu ciągle jestem? Co tracę? Co stracę, gdy mnie nie będzie? Co zyskam? Gonitwa myśli w głowie była imponująca...



Zwłaszcza argumentów na to, by nie robić tak drastycznego kroku. Najpierw racjonalne szukanie rozwiązań mniej radykalnych:

👉 możesz ustawić w telefonie limit czasu spędzanego w aplikacji, po którym ta sama się wyłączy aż do kolejnego dnia;
👉 no przecież to nie apka jest problemem, możesz z niej korzystać albo nie (ohohoho - słyszycie to? - kto tu właśnie wyjechał z zawoalowaną krytyką wobec siebie i wypomniał sobie brak konsekwencji i silnej woli?);
👉 jeśli ściągniesz apkę z głównego ekranu i schowasz gdzieś niżej to będziesz sięgać do niej rzadziej - tak podobno głoszą badania i może faktycznie coś w tym jest, bo człowiek dąży do maksymalnego upraszczania sobie życia, więc najczęściej sięga po to, co ma podstawione pod nos, zamiast po to, czego musi poszukać. Choćby klikając o trzy razy więcej w ekran telefonu. 


Tyle, że to wszystko nie rozwiązuje problemu. Bo aplikacja nadal jest. I kusi. Albo przekonuje, że jeśli przez trzy godziny nie kliknę i nie sprawdzę, co tam Panie w wielkim świecie, to coś mnie ominie. Zostanę w tyle. Coś stracę…


Co tracisz, gdy nie ma Cię w social mediach, czyli FOMO w praktyce


“Coś stracisz…” - powtarzam za sobą jak rasowa Soul Coachka. “A co takiego stracisz?”
“Nooo… bo przecież dzięki tej aplikacji dotarły do mnie informacje o kilku szkoleniach i programach, w których wzięłam udział i które realnie zmieniły moje życie. Bez apki na F. nie byłoby mnie przecież na Akademii Choreoterapii, nie usłyszałabym o Matrycy Losu, nie certyfikowałabym się na Soul Coachkę. Nie jeździłabym co miesiąc na Podlasie, ani nie pojechałabym pod Kielce i w lubuskie i pewnie jeszcze w parę innych miejsc…” To brzmi całkiem sensownie, ale… Przecież do tego nie potrzebuję być w telefonie 24h przez 7 dni w tygodniu. W wiecznym kontakcie i wiecznej dostępności (no gdybyśmy teraz rozmawiali o budowaniu relacji między dwojgiem ludzi to bylibyśmy już na etapie dość mocnej toksyczności, prawda?).


To zjawisko - uczucie, że coś Cię ominie, gdy nie będziesz cały czas w kontakcie ma swoją nazwę. FOMO - pewnie już o tym słyszałaś/eś. Strach przed tym, że w jakiś sposób zostaniesz wyautowana/y, ważne wiadomości nie dotrą do Ciebie albo otrzymasz je z opóźnieniem. To znaczyłoby, że będziesz odstawać od grupy, że nie tylko stracisz szansę, by wiedzieć, ale że społeczność Cię pominie, bo już za nią nie nadążysz. Kiedy tak patrzę na to zjawisko, myślę sobie, że to nie tylko jest o potrzebie kontroli, którą w jakiś sposób ma zrealizować stały dostęp do wiadomości, ale też o potrzebie współuczestniczenia w grupie. I strachu przed samotnością. Odpowiedzią na to wszystko stają się współcześnie sociale.

“Ok, więc, co jeszcze Cie ominie?” - dociekam dalej, bo już wiem, że tu trzeba pokopać trochę głębiej. No więc nie dowiem się tego, co sąsiad ostatnio przeczytał i co koleżanka z podstawówki dała dzieciom na obiad. Nie podejrzę wakacji kolegi mojej koleżanki, z którym w życiu widziałam się może raz na jakiejś imprezie przelotnie. Oraz nie zachwycę się zdjęciem czyjegoś kota - randomowo podsuniętego mi przez algorytm. Oprócz kotów ostatnio owa tajemnicza, podobno czytająca mi w myślach siła podpowiada jeszcze filmy tarocistów. I to te w stylu: “Skomentuj, że przyjmujesz, a Twoje życie stanie się lepsze”. Z pewnością stanie się pełniejsze podobnych filmów - bo każdy like i komentarz karmi algorytm. To trochę jak - będzie grubo - modlitwa do boga internetu, który - a jakże! - odpowiada. Czasem tylko niezbyt jesteśmy uważni na to, o co prosimy.


I żeby było jasne. Nie hejtuję kart. Sama z nimi pracuję (metodą Soul CoachingⓇ), bo to świetny i bardzo przyjemny sposób pobudzenia ośrodków mózgu odpowiedzialnych za kreatywność i wyobraźnię - pomaga więc zobaczyć nowe perspektywy i odkryć możliwości wcześniej niewidoczne. Tym samym pomaga w znajdywaniu rozwiązań, generowaniu pomysłów lub zmianie myślenia o rzeczach (i o sobie także) na szersze. Ale… 


A co naprawdę kryje się pod byciem non stop dostępną/ym w socialach?


“Wróćmy do aplikacji. To co jeszcze stracisz, jeśli Cię tu nie będzie non stop?”. Biorę głęboki oddech, bo czuję, że powoli zbliżamy się do sedna. To mrowienie w podbrzuszu, delikatne napięcie ramion. I uda… spięte, jakby chciały uciekać. Mój przyjaciel opór. Głęboki wdech… “Stracę poczucie, że mogę być widziana” - mówię w myślach, a jednak prawie szeptem.

I tutaj mały przystanek. Bo o tym, po co na sociale wrzucasz rzeczy zdarzało mi się rozmawiać z kilkoma ludźmi. Najczęściej sami zaczynali temat. Jakby próbowali się w jakiś sposób usprawiedliwić. Albo zracjonalizować temat przed samymi sobą. Motywacje, o których słyszałam są takie:
👉 tak promuję swoje usługi, buduje markę;
👉 bo w ten sposób utrzymuję kontakt ze znajomymi, którzy są daleko (za granicą na przykład);
👉 to dobry sposób na udowodnienie, że robię jakieś rzeczy (spędzam czas z dzieckiem, uprawiam sport, wiodę szczęśliwe życie);
👉 bo chcę pokazać byłej/byłemu, co traci beze mnie albo przypomnieć jej/mu o swoim istnieniu;
👉 bo reakcje i komentarze pod zdjęciem sprawiają, że widzę sens w tym, co robię;
👉 bo kiedy wrzucam swój sukces to jakoś bardziej czuję, że naprawdę coś osiągam;
👉 bo chcę się podzielić z innymi swoją radością, zachwytem, zdziwieniem…

I wiesz, ja to naprawdę rozumiem. Bo sama mam podobnie. Kilka z tych punktów przerobiłam na sobie. A jednak, kiedy szczerze odpowiedziałam sobie, że boję się straty tego, że mogę być widziana, zrozumiałam, że pod tym jest coś jeszcze. Coś mniej fajnego, trudniejszego. Strach przed samotnością. Taką, która zmusza do samodzielnego czucia. Do przeżycia zachwytu, zamiast szukania właściwego kadru. Do przepuszczenia przez ciało przyjemności zjedzenia ciastka z czekoladowym kremem, zamiast pokazywania światu, że umiem w przyjemności. Do poczucia złości, że ktoś znowu rozsypał śmieci z osiedlowego kubła, zamiast natychmiastowej reakcji i rozpętania internetowej imby.

Do poczucia życia, zamiast rozpaczliwych prób zatrzymania go - nomen omen - w sieci.


P.S.
Jeśli dotarłaś/eś do tego miejsca - dziękuję! Za Twoją obecność, uważność. Jeśli masz ochotę skomentować, puścić dalej czy zrobić wszystkie te rzeczy, które robi się z postami - feel free.
A jeśli chcesz odkryć swój indywidualny sposób na przeżywanie życia w przyjemności i pełni, bez blokującego z tyłu głowy “ale co ludzie powiedzą” to tu umówisz się na bezpłatną sesję wstępną Soul CoachingⓇ: calendly.com/wrytmieduszy/30min (możesz podesłać znajomemu - być może to coś dla niego?).


Komentarze